Napisałam 3 książki w 5 miesięcy. Plusy i minusy codziennego pisania

Oficjalnie postawiłam wczoraj ostatnią kropkę w 3 powieści, napisanej w pięknie pandemicznym 2020 roku. Adrenalina podskoczyła jak narkomanowi, a moja wewnętrzna Artystka stwierdziła, że wykonałyśmy kawał dobrej roboty. Fakt – po latach posuchy, w końcu zaczęłam produkować powieści niczym… Mrozinka. Ekhem, ekhem.


No dobra. Nie produkuję opowieści, ale je piszę, codziennie i wytrwale. Minimum 10 tysięcy znaków ze spacjami, ale wiecie. Minimalna ilość nigdy mnie nie kręciła. Wolę pisać około 20-30 tysięcy znaków na dzień. A kiedy powieśc się kończy – z łatwością dobiję do 40 tysięcy znaków, jak miałam okazję uczynić ostatnio.

Kiedy marzę, cały mój świat się trzęsie

Pytanie, co mnie opętało z tym pisaniem? Ludzie latami dopieszczają jedną książkę, a ja zamieniam się w pełnoetatowego robota! Odpowiedź jest prosta – praca autorki, pisarki jest moim największym osiągnięciem. Chcę zarabiać na pisaniu. Nie chcę pracować na „bezpiecznym” etacie, w biurze, pod kimś. Muszę być wolna z dala od takich fantazmatów. A kiedy marzę – właśnie. Nie umiem przejść obok tego obojętnie.

Nie umiem na nic zaczekać. Cierpliwość wypracowałam sobie już dawno, ale jeśli chodzi o wolność i działanie – rwę się do pracy. W głowie mam wszak mnóstwo historii. Ostatnio się nad tym zastanawiałam. Wychodzi na to, że mam pomysłów i zaplanowanych fabuł na następne cztery lata. I wypadałoby już nie myśleć nad nowymi książkami. A co one? Pojawiają się znikąd. Prosty przykład, świeżutki jak chlebek z rana z piekarni. Przeglądam wypasione hotele na noc poślubną. Wiecie, ale takie mega wypasione, z sauną i jacuzzi w środku. W końcu noc poślubna jest jedna, nie? No i wpada mi do głowy zarys fabuły na erotyk. A jakby tak mieć fajną bohaterkę, która zajmuje się takimi miejscami? Która sama takie miejsce zrobiła i teraz udostępnia noclegi zakochanym parom? Ma szczęście w biznesie, ale nie ma w miłości – do czasu.

I tyle. Aż mnie ręka zabolała, kiedy to zapisałam. Kolejny ciekawy pomysł – w mojej głowie powieści mnożą się jak szalone, a absolutnie o nich nie myślę. To świat jest dziko inspirujący.

Jestem, więc piszę

To chyba jest sens mojego pisania. Obserwatorka ze mnie. Lubię też analizować. Widzę tyle niebanalnych szczegółów, że to grzech nie przepisać ich jako książki. Ale jak to zrobić, gdy tworzenie jednej powieści to kilka miesięcy roboty?!

Pewnego dnia więc tak po prostu usiadłam i policzyłam, że maksymalna ilość znaków ze spacjami w powieści to u mnie około 300 tysięcy. Lubię krótsze opowieści, cegły ciężko mi się trzyma w ręku. Pisząc 10 tysięcy znaków (ze spacjami!) dziennie, draft powieści powstanie… w miesiąc.

No i to mi się szalenie spodobało. Jasna cholera, miałam wrażenie, że rozbiłam bank. Książka do redakcji w miesiąc? Ja-cię! Doskonały pomysł. Druga myśl była nieco inna – jak wiele powieści mogę napisać w rok? Trzy? Może osiem? Z tym ostatnim nieco zgłupiałam – w końcu muszę popracować również nad promocją książek, które już powstały. W ostatnim tygodniu podjęłam więc „męską” decyzję – 6 książek to moje, dość zadowalające, maksimum.

Plusy codziennego pisania

Piszę więc codziennie od grudnia 2019 roku. W ciągu pół roku tylko kilka razy odpuszczałam pisanie, o czym również wspomnę, w minusach. Nie jesteśmy robotami, prawda? A więc:

  • Pamiętasz, co napisałaś wczoraj. Czyli na bieżąco żyjesz historią, którą tworzysz. Możesz nią dowolnie zarządzać i modelować. Kiedy tworzę daną powieść, w luźnych momentach jeszcze raz odtwarzam świeżo napisane sceny, notuję wątki. W ten sposób wszystko mam blisko.
  • Lepiej pilnujesz fabuły. Podobna myśl do poprzedniej. Podczas codziennego pisania warto sobie notować wiele ważnych elementów opowieści, mieć je pod ręką na biurku.
  • Rozwijasz się regularnie. Im więcej postawisz znaków, tym szybciej się rozwiniesz. Twój styl będzie lepszy z książki na książkę, co jest dobrym sposobem na pisanie. Dlaczego? Ponieważ powieść nie będzie stworzona w kiku stylach – i łatwiej będzie ją poprawić.
  • Szybciej skończysz draft powieści. Miesiąc na draft, miesiąc leżakowania powieści, miesiąc poprawiania i pisania propozycji wydawniczej – szybko, sprawnie i konkretnie! Oczywiście możesz, jak ja, przyspieszyć. W dwa miesiące przeważnie mam skończony tekst, po redakcjach. Po prostu gotowy do wysyłki. Zostaje przygotowanie propozycji wydawniczej – a jeśli masz z tym problem, zapraszam na nasz kurs konspektowy, który rusza 23.05!

No i minusy, a co!

Przede wszystkim – momentami ogromna frustracja. Ma się wrażenie, że to pisanie niewiele przynosi. Owszem, idziemy do przodu z ilością znaków, ale fabuła nam się wykrzywia. Gdzie w tym wszystkim czas na redakcję ucieka. Mówiąc dokładniej:

  • Masz mniej czasu na redakcję. Napisanie 10 tysięcy znaków dziennie to wyzwanie. Brak czasu utrudnia jego realizację, nie mówiąc już o redakcji poprzednich fragmentów. Jeśli lubisz poprawiać to, co napisałaś dzień wcześniej, a nie handlujesz dodatkowymi dobami, to codzienne pisanie po 10 tysięcy znaków będzie po prostu dużo trudniejsze.
  • No i wieczny problem z „wygodnym pisaniem„. Bo ludzie w domu krzyczą. Biuro jest zajęte, albo nawet nie ma takiego miejsca tylko dla ciebie. Trzeba długo siedzieć w fotelu i pisać. Przenosić się. Szukać odpowiedniej muzyki. Nie zawsze da się to wszystko równie sprawnie zorganizować każdego dnia.
  • Denerwujesz się brakiem wyrobionej normy. Bo czasami, na przykład, nie da się odpalić kompa, coś wypadnie, ktoś ma jakąś ważną sprawę do ciebie. Tak po prostu i nie jest to grzech, nie biczuj się tym. Odpuść. Nie udało się przez siłę wyższą – z nią się nie dyskutuje. Jest to jednak wada, która przy zalożeniu, że mamy wyrobić normę, dokłada się do frustracji.
  • Czujesz blokadę pisarską i prokrastynację. Narzucone tempo pracy, ograniczenie kreatywnośći, i tak dalej, i tak dalej. Większość znajomych piszących uważa, że pisanie na akord zabija powieść. I faktycznie może tak być. Każdy z nas pracuje inaczej – blokada pisarska może wyniknąć nawet z narzuconej dziennej liczby znaków. A jeśli mamy blokadę, dużo czasu spędzimy na wszystkim innym – nie zaś na pisaniu. Tym samym przykładając się do obniżenia normy.

Dodatek, czyli jak u mnie wygląda taka praca

Pomyślałam, że na koniec dodam wam kilka ciekawych informacji, jak wygląda przy takim natężeniu pracy planowanie i pisanie jednej powieści. Pierwszą powieść pisałam niecałe dwa miesiące – drugą o połowę krócej, bo miesiąc. Trzecią, o takiej samej liczbie znaków, wypisałam w trzy tygodnie z hakiem. Nie zapomniałam przy okazji o researchu. Kiedy kończę jedną powieść, mając ją na 100% zaplanowaną do końca, zaczynam pracę nad szkicem fabularnym do kolejnej. Robię to na długo przed lub po napisaniu codziennego minimum.

Redakcją zajmuje się mój przyszły mąż, oferuje on również takie usługi na Spisku Pisarzy. Dzięki temu od razu mogę mu zlecić czytanie draftu, nie poprawiając go samodzielnie. Z jego uwagami od razu aktywniej pracuję nad tekstem.

Po zakończeniu powieści robię sobie przerwę – przynajmniej tydzień normalnego życia. Staram się nie myśleć o pisaniu samym w sobie, pracuję nad szkicem – a przynajmniej nad pierwszą połową fabuły. To znacznie ułatwia pisanie.


A wy jak piszecie? Ile zajmuje wam jedna powieść, seria? Dajcie znać! Może również macie swoje minimum w codziennym pisaniu?